środa, 19 września 2018

21. Szukanie tej jedynej

Miałam końskie wakacje

Byłam na dwóch półkoloniach jako pomocnik. Nadal uważam, że nie ma nic lepszego od pomocy przy półkoloniach: dzieci potrafią być naprawdę kochane! No i wykorzystałam modele do pokazania maści koni :D



Poszukiwania stajennego ulubieńca u mnie jednak trwały i... myślałam, że znalazłam już tę wybraną z którą mi się najlepiej dogaduje.


Sara,  haflingerka w profesorskim wieku. Ma swoje humorki (tak jak Mamona) ale jest naprawdę fajnym koniem.... kucem.


Na każdym pokazie lub jeździe jak dotąd byłam właśnie na Sarze. Dawałam sobie na niej fajnie radę, nawet w galopie w którym pokazywała rogi. Jednak czułam, że potrzebne mi coś więcej: Sara już nie skacze.

W ten poniedziałek byłam zapisana na jazdę na którą poprosiłam o Lenę. Jest to klacz, która jest dość nowa w stajni i jeszcze pracujemy nad nią. Jednak słyszałam o niej bardzo miłe rzeczy i uznałam, że kto nie ryzykuje ten traci.
Przy szczotkowaniu wierciła się straszliwie, o czyszczeniu kopyt nie wspominając!


Wsiadanie na nią to również jest wyścig z czasem. Ma się na to 3 sekundy, potem Lenka się nudzi i uznaje, że to miejsce 2cm dalej jest lepsze do stania.


Jednak jak tylko przejechałam na niej pierwsze kroki...


To jest ten koń! I nie tylko ja tak uważam: instruktorka też była pod wrażeniem :D Pasuje mi w niej kłus (oprócz wysiadywanego, to jest jak jazda 90km/h po wybojach skuterem miejskim), nawet anglezowanie w stępie jest łatwiejsze niż na Sarze. Jedyne co to musimy popracować nad galopem: trochę jej dałam za dużo zaufania i mi poszła w kąt kilka razy. No i samo ruszanie na dobrą nogę jest do poprawki :D


Nie mówiąc o tym, że mogłam sobie skoczyć kilka razy! Lenka ma coś takiego, że jak zobaczy przeszkodę to zwalnia jednak wystarczy trochę łydki i rusza odrobinę szybciej. Tak, że przeskoczy a nie przejdzie :D



Nie powinno się za bardzo przywiązywać do szkółkowych koni (zwłaszcza w moim przypadku) jednak... Lena ma to coś i na pewno będę wracać na ten siwy grzbiet!

sobota, 12 maja 2018

20. Pobudka

Zapadłam sobie w zimowy sen. Ale ile można?


W Stajni Góra nie było mnie jakiś (dłuższy) czas. Ostatnio byłam tam na jeździe na początku grudnia. Po raz pierwszy od roku miałam okazję poskakać! Niestety zdjęcia są jakości słabej a filmy... no lepiej nie mówić. Ale skoczyłam aż 2 razy i to się liczy. Na Sarze jakoś się tak nie boję skoków mimo że kobyła potrafi mieć swoje humorki w stylu: ale żem sie spłoszyła, rżniemy galopem przez pół hali.


Mimo wszystko Sarunia ma miejsce w moim serduszku. Jako pierwszy koń z SG13.

No ale Ruda, co z resztą zimy i połową wiosny?
Ano nic.
W stajni raczej mnie nie było, nie wiem czemu. Zapadłam w sen zimowy, nie miałam ochoty na nic a wizja przyjechania do stajni gdzie raczej bym się nie przydała trochę mnie oddalała od wyjazdu. 
Aż do końcówki kwietnia.

Pojechałam z znajomym do stajni, tak o dla pozwiedzania i chciał żebym mu pokazała obiekt. Zostałam przywitana przytulasem i uśmiechem, trochę zamieniłam kilka słów i od razu dostałam coś do zrobienia. No tak, wiosna przyszła razem z pracą! Ale mi to absolutnie nie przeszkadza. A nawet to dobrze.


Miałam przygotować Petera dla dziewczynki, która się spóźni. Okazało się, że spóźniły się dwie i nastał trochę chaos bo nie ogarnęłam która na kogo i czemu nie wiedziałam o drugiej. Na szczęście sytuacja się wyjaśniła i wszystko zostało ogarnięte.
Na dodatek okazało się, że jedna z klaczy jest w ciąży niespodziance! Jestem ciekawa co z tego wyrośnie.

No i wróciłam trochę w stajenne życie. Dwa dni później miałam przyjechać pomóc przy końskim dniu. To takie niedzielne popołudnie które dzieciaki spędzają w stajni: najpierw trochę pomagają, potem jest pony games i każdy ma jazdę dostosowaną pod siebie. Idea jest super jednak potrzeba do tego prowadzących. 
Zjadłam obiad i wyjechałam w towarzystwie moich podróżnych pluszowych lisów: Seweryna i klucznika Maksencjusza. Z nimi jest raźniej.


Za kółkiem na takiej dłuższej trasie nie byłam od jakiegoś czasu ale mimo tego, że nie przepadam za prowadzeniem auta to jechało mi się przyjemnie. Może to przez tą muzykę? No i w końcu dojechałam. Przywitała mnie Pani Marianna i od razu dostałam oprowadzankę z bardzo sympatyczną dziewczynką. No nie sposób się nie uśmiechać na oprowadzankach! Potem się zaczął koński dzień. Szczegółów zdradzać nie będę: kto chce zobaczyć jak to wygląda niech przyjedzie i zobaczy sam :D Ale na pewno były jazdy do których jeźdźcy (ci co umieją) szykowali sami konie. Oczywiście pod nadzorem. Ja nadzorowałam Mentosa, a w zasadzie dosyć sporo pomagałam bo wiercił się straszliwie. A to ananasek.

Szybkie zdjęcie w trakcie oczekiwania na siodło.
Potem była jazda, ja wzięłam lonżę indywidualną z pewnym chłopcem. Przełamalśmy wspólnie lęk przed samodzielną jazdą na round penie i trochę pokłusował bez lonży. Zawsze jakiś krok naprzód! Oczywiście wszystkie decyzje podejmował samodzielnie, widać to było po tym jak długo i poważnie się zastanawiał. Ale takie małe sukcesy mnie bardzo cieszą.
Potem musiałam zrobić sobie przerwę: kostka po takim bieganiu mi się odezwała i musiałam usiąść na kilka chwil i pogimnastykować nogi.


A po jazdach, ogarnięciu koni i podsumowaniu ludzie się już rozjeżdżali do domów. Dzieciaki na pytanie: jak było odpowiedziały, że za krótko. To chyba dobrze świadczy o tym jak dobrze spędziły czas :D Byłam niebywale zmęczona (mam okropnie słabą kondycję) ale zadowolona. Nie ma to jak trochę ruchu z końmi. Usiadłam na swojej ulubionej ławce przed świetlicą i obserwowałam.



Po około pół godzinie musiałam się zmywać. Z wielkim żalem wsiadałam do auta, wieczór w stajni jest taki relaksujący! No ale kiedyś wrócić trzeba.


Z Panią Marianną umówiłyśmy się w zamian za popracowanie w tym dniu na jazdę ale nie jestem do końca pewna kiedy. Wstępnie na jutro ale czy się znajdzie trochę czasu wolnego? Jutro też jest koński dzień!
Ale tak czy siak snu letniego nie planuję. Już się rozkręciłam.